Nie lubię zimna. Zdecydowanie jestem stworzeniem ciepłolubnym. Mimo to odkąd Młody przyszedł na świat i odbębniliśmy tydzień zamknięcia w szpitalu i w domu, wychodziłam z nim na spacer codziennie. Nie ważne czy upał, czy wiatr, czy deszcz, czy śnieg. Jeśli tylko był zdrowy na zewnątrz spędzaliśmy chociaż godzinkę dziennie. Teraz odchorował swoje 1,5 tygodnia i wreszcie doszedł do siebie. Mimo ogólnego niechciejstwa postanowiliśmy wybrać się na sanki. 15 minut bo 15 minut, ale zawsze to coś. A uśmiech Gabrysia... BEZCENNY! :)
23.01.2016
18.01.2016
Mama jest mamą,tata jest tatą, oboje jesteśmy rodzicami
Nie wiem jak to się stało, ale w pierwszej minucie w której otworzyłam dzisiaj oczy wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Gabryś dzielnie walczył z chorobą i czuje się już wyraźniej lepiej. Z wielkim uśmiechem przybiegł rano do naszego łóżka, dając znać, że już po siódmej. Obdarował nas masą buziaków. Mąż pozwolił jeszcze poleżeć więc wszystko wyglądało jak z najpiękniejszej bajki, a mimo to coś wisiało w powietrzu.
Spojrzałam na swoje okulary. Dzień wcześniej odprysnął od nich kawałek szkła po tym jak spadły na podłogę. Dlaczego spadły? Bo mój ukochany syn nie potrafi opanować odruchu bicia nas po twarzy. I tak w złości uderzył mnie obiema rączkami i okulary wylądowały na ziemi. Ze względu na to, że oboje z Ł. nie tolerujemy bicia dzieci, od pewnego czasu za takie zachowanie stawiamy go do kąta. Wczoraj tam nie wylądował, ale dzisiaj przeszedł sam siebie.
Próbowałam ubrać go do lekarza, ale nie dawał za wygraną. Krzyczał i uciekał. Cierpliwie próbowałam go uspokoić, aż w końcu dwa razy przyłożył mi w twarz plastikowym dinozaurem. Bez zastanowienia postawiłam go w koncie. Krzyczał, płakał, kładł się po podłodze. W końcu zesikał się w spodnie. Zaczęłam pytać, czy ja go biję, że on mnie tak. Odpowiedzi od niego nie uzyskałam. Za to zza drzwi dobiegło mnie: "Uspokój to dziecko bo się zgrzeje i znowu rozchoruje. Ty pójdziesz do pracy a my będziemy musieli patrzeć na to jak choruje".
Jestem nerwowa. Okropnie. Krzyczę, drapię, gryzę i tak też zrobiłam, a potem wzięłam na kolana Gabrysia i zaczęłam płakać. A więc to była moja wina, że dziecko zachorowało, ale to nie jest najgorsze. najgorsze jest to, że to Ł. wziął opiekę, żeby się nim zająć a ja chodzę do pracy...
Odkąd Gabryś przyszedł na świat dzielimy się obowiązkami. Chcemy, żeby nasz syn miał dwoje rodziców. I tak odpowiednio, ja zajmowałam się Gabrysiem kiedy Ł. był w pracy. Kiedy wracał, to on chciał mieć swój czas z Młodym. Wtedy przewijał, karmił, utulał. Ja wstawałam z nim rano, a Ł. kładł się na wieczór. On kąpał, a ja masowałam i ubierałam. Nasze dziecko od początku miało dwoje rodziców. Tak samo ważnych.
Stereotypy. Średniowiecze. Tak. Dawniej to matka robiła WSZYSTKO. Miała siedzieć w domu, ugotować, wyprać, posprzątać i wychować dzieci. Ojciec był tylko od święta. Jego rolą było zarabianie pieniędzy, a nie zmiana pieluch. Czasy się zmieniły. Kobiety mają swoje plany i marzenia, a jeśli mają dobrych mężów to Ci pozwalają im na ich realizację. Mój jest dobry. Nie hamuje mnie, a wręcz popycha mnie do przodu. Rozumie, że ja też poza byciem matką chcę być kobietą, że praca jest dla mnie ważna bo robię to co kocham.
I tak dzielimy się obowiązkami, a ja zbieram za to baty... Bo co ze mnie za matka, skoro zamiast siedzieć z chorym dzieckiem chodzę do pracy i zostawiam je z ojcem. Ojcem który przyczynił się do tego, że jest na świecie. Przecież rola ojca nie kończy się po zapłodnieniu...
TATA JEST TAK SAMO WAŻNY DLA DZIECKA JAK MAMA!
TATA JEST TAK SAMO WAŻNY DLA DZIECKA JAK MAMA!
17.01.2016
BLOGOSFERA CANPOL BABIES
Jakiś czas temu dowiedziałam się, o wspaniałym miejscu jakim jest BLOGOSFERA CANPOL BABIES.
Zapraszam wszystkich do programu bo to nic nie kosztuje, a oprócz dobrej zabawy gwarantuje wspaniałe produkty :) Wskakujcie do BLOGOSFERY CANPOL
15.01.2016
Gdyby jutra miało nie być...
Czas pędzi nieubłaganie. Nawet nie zdążyłam się obejrzeć, a dwa tygodnie Nowego Roku umknęły mi nie wiadomo gdzie. Przeprowadzka i praca zajęły 90% mojego czasu. Marzę o przerwie i już za tydzień taką dostanę, ale póki co jestem w domu, a moja głowa ciągle krąży wokół jednego tematu.
W niedzielę w restauracji mieliśmy rezerwację. Starsza Pani obchodziła swoje X urodziny. Na obiedzie pojawiły się 4 pokolenia. Ona, jej córka, dzieci jej córki i dzieci tych córek. Wszyscy złożyli jej życzenia i zgodnie mówili "100 lat". Starsza Pani wstała z krzesła i cały czas gnała za swoim półtora rocznym prawnukiem. Uśmiechnęłam się do niej. Trzymała się bardzo dobrze. W pewnym momencie podeszła do mnie i powiedziała "Babcię ma, mamę ma, a on i tak woli z prababcią". W odpowiedzi tylko zachichotałam. Kiedy przyszłam do pracy następnego dnia, dowiedziałam się, że zmarła.
Długo zastanawiałam się jak to jest. Jednego dnia widzisz człowieka pełnego energii, a zaraz... Zaraz go niema. Wiem, że to była starsza kobieta, ale argumenty typu "przeżyła już swoje" jakoś do mnie nie trafiają.Dlaczego? Bo śmierć nie przychodzi tylko do ludzi starych.
Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką. Kilka lat starsza ode mnie. Okazało się, że ma raka piersi. Pamiętam jej kolejne wizyty u lekarza i każdy wykonany do niej telefon. Pamiętam kiedy zadzwoniła i powiedziała, że nie jest dobrze. Płakała. Ze łzami w oczach spaliłam wtedy jednego z ostatnich w tym okresie papierosa. Miesiąc później lekarze operacyjnie usunęli jej jedną pierś.
Inna sytuacja. Siedzę u teściów i z nudów zaglądam po raz setny tego wieczora na facebooka. W okienku miga mi kilka zniczy stworzonych z nawiasów i gwiazdki. Patrzę na profil i oczom nie wierzę. Myślę, że to jakiś żart i szybko wykręcam numer do mojej przyjaciółki. "Co się stało z X.?"- rzucam. "Nie żyje. Zmarł dzisiaj rano". Struny głosowe odmawiają mi posłuszeństwa i nie mogę wypowiedzieć ani słowa. 28 lat to nie jest wiek na umieranie.
Na świecie, w sąsiednim mieście, dwa bloki dalej. Wszędzie rozgrywają się tragedie o których nie wiemy. Słyszymy o czymś w telewizji i komentujemy, ale odrzucamy od siebie myśl, że coś podobnego może zdarzyć się nam. Jeśli coś bezpośrednio nie dotyczy nas, czy naszych bliskich to nie istnieje. To zapewne kolejny scenariusz filmu akcji czy dramatu.
Patrzę w lustro i zastanawiam się, co by się stało gdyby okazało się, że jestem poważnie chora. Co stałoby się kiedy wylądowałabym w szpitalu i nie mogła być z moją rodziną. Co by było gdyby mnie...zabrakło?
Każdemu z nas wydaje się, że śmierć przyjdzie dopiero kiedy będziemy starzy. Wychowamy swoje dzieci, wnuki, a może nawet prawnuki i wtedy będziemy mogli spokojnie odejść. Życie nie jest tak kolorowe. Choroby, wypadki - one nie patrzą na wiek. Szkoda, że nie możemy przeczytać scenariusza z naszego życia i przygotować się na wszystkie szczęścia i nieszczęścia jakie nas spotkają. Szkoda, że nikt z nas nie wie kiedy się pożegnać.
A gdybyśmy wiedzieli? Co bym zrobiła gdyby jutra miało nie być? Ucałowałabym moich najbliższych. Powiedziałabym jak bardzo ich kocham i podziękowałabym za wszystko co dla mnie zrobili. Chwyciłabym za rękę mojego syna i męża i poszła przed siebie. Śmiałabym się z żartów mojego Ł. i płakała z każdym buziakiem mojego ukochanego synka. Utuliłabym ich mocno i powiedziała jak bardzo ich kocham i że już zawsze będę nad nimi czuwać.
13.01.2016
Coroczne Postanowienia Noworoczne
Pamiętam czasy szkoły podstawowej. Nadchodził Nowy Rok i wszyscy namiętnie przygotowywali karteczki z listą postanowień noworocznych. Wtedy traktowaliśmy to bardziej jako zabawę. Nawet nie potrafię przypomnieć sobie co na nich pisałam, ale wiem, że było to dla mnie bardzo ważne. Gimnazjum trochę zmieniło moje priorytety i na corocznej liście postanowień pojawiało się zdanie "Bardziej przyłożę się do nauki". Oczywiście równo z drugim stycznia, karta lądowała na dnie szuflady mojego biurka, a postanowienie ulatywało z głowy. Tak działo się z każdym moim postanowieniem noworocznym do tej pory.
13 dni temu powitaliśmy Nowy Rok. TO JEST TEN ROK! Rok w którym nareszcie coś zmienię. 1 stycznia nie chwyciłam długopisa i nie napisałam starannie "SCHUDNĘ" tylko spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie "Tym razem to zrobię!".
Nie potrafię zliczyć ile razy podejmowałam już próbę. Najlepiej poszło mi w 2011 roku, ale to dlatego, że miałam znakomitą motywację. Nie chciałam wyglądać na zdjęciach w albumie ślubnym jak trzydrzwiowa szafa przy moim szczuplutkim Ł. Byłam na diecie, rano ćwiczyłam,wieczorem jeździłam na rowerze tudzież rolkach. Schudłam wtedy równe 20kg i byłam z siebie mega, naprawdę MEGA DUMNA, a przede wszystkim czułam się znakomicie! Po ślubie zamieszkaliśmy razem, a ja zapomniałam o diecie i ćwiczeniach. Zbędne kilogramy wróciły w mgnieniu oka. Kolejne próby kończyły się podobnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy EFEKT JOJO nie jest u mnie wrodzony.
3 stycznia rozpoczęłam swoją drogę do LEPSZEGO JA. Powoli. Bez pompy, bo przyznam się szczerze, że bałam się nawet stanąć na wagę. W mojej głowie migotała myśl, że zobaczę liczbę, która zawiedzie mnie na tyle, że kolejny raz porzucę postanowienie. Dlatego 3 stycznia rozpoczęłam dietę, którą publikuje na swojej stronie Ewa Chodakowska. Jeśli jakieś danie mi nie odpowiada, wymieniam na inne, lub unikam konkretnych nie pasujących mi składników. Piję ok 2,5 - 3l wody i raz w tygodniu robię sobie "Dzień Oszusta" i jedno danie zamieniam na coś na co w danej chwili mam ochotę. W tamtym był to placek po węgiersku ;). Nie podjadam i unikam słodyczy i alkoholu.
3 lutego stanę na wagę, pomierzę się i ruszę krok dalej - dołożę ćwiczenia co drugi dzień. Każdego 3 dnia miesiąca będę zdawać Wam tutaj relację. Mam nadzieję, że będziecie mnie motywować i trzymać za mnie mocno kciuki!
Moja kompania już gotowa :)
A jakie jest Twoje Noworoczne Postanowienie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)









